- Był moment, że niepokoiliśmy się, czy to nie idzie za szybko. Taka nagła utrata wagi wcale nie musi być dobra dla organizmu. Uspokoiliśmy się po konsultacji lekarskiej – tak w jednym z wywiadów tłumaczył moją szybką utratę wagi Jeleniewski.
Ciężar ciała był coraz mniejszy, a więc trenerzy, w duecie Jeleniewski - Tomasz Lipiński, postanowili urozmaicić mój trening. Nie przestałem maszerować na bieżni, bo chód był obowiązkowym punktem moich ćwiczeń. Dołożyli mi za to do standardowego treningu kilka ćwiczeń stacyjnych (m.in. przysiady z sandbagiem, zarzuty ze sztangą i 30-sekundowy bieg bokserski). Raz w tygodniu pracowałem też na tarczach bokserskich.
Przyznam, że choć radości ze zmian nie okazywałem wcale, to w głębi duszy cieszyłem się jak dziecko. Najbardziej z „tarczowania”. Boks uwielbiam, miałem z nim zresztą w przeszłości nieco do czynienia. I mimo że nie wracałem do niego od wielu lat, to pamiętałem jeszcze co nieco z lekcji, które dawno, dawno temu otrzymałem od trenerów Jerzego Baranieckiego i Jarosława Soroko. Piotr szybko to wychwycił i (być może chcąc mnie tylko podbudować) wyznał mi nawet, że mam „papiery” na boksowanie.
Może i coś tam umiem, może i techniki nie mam najgorszej, lecz kondycja na tamtym etapie mojej transforMMAcji pozostawiała wiele do życzenia. A właściwie to nie było jej wcale. Trzy minuty uderzania w tarcze to było maksimum, jakie mogłem wytrzymać. „Puchłem” bardzo szybko, a na mojej twarzy pojawiały się kolory: siny, purpurowy i jeszcze kilka innych. Nie będę nikogo oszukiwać – to był dramat!
Dziś, gdy moja waga jest dużo niższa i gdy mój aparat ruchowy może pozwolić sobie na dużo więcej, jest o niebo lepiej aniżeli pół roku temu. Obecnie wytrzymuję pięć rund po trzy minuty na tarczach, a wieczorne bieganie po takim treningu nie jest już dla mnie żadnym problemem. Dopiero teraz, z upływem kolejnych miesięcy, zaczynam zdawać sobie sprawę, jak długą drogę przebyłem aby uzyskać ten stanu. Zdaję sobie jednak też sprawę z tego, że jeszcze wiele pracy przede mną. Że trening nad doprowadzeniem i utrzymaniem normalnej sylwetki to jedno, a praca nad kondycją to drugie. Czasami żałuję, że uświadomiłem to sobie tak późno. Ale cóż… kilka lat temu spieprzyłem swoje życie, a teraz postanowiłem je naprawić. I to jest chyba najistotniejsze.
Na zakończenie czwartej części mojego bloga chciałbym wszystkich zachęcić do obejrzenia jutrzejszego (wtorek, 4 czerwca) programu „Dzień Dobry TVN”. Będę miał zaszczyt być gościem Jolanty Pieńkowskiej i Roberta Kantereita, a tematem przewodnim rozmowy będzie moja historia. Na antenie mam pojawić się około 8:20. Oglądajcie Artura Przybysza w TVN :)
