Wiem, że kilka lat temu spieprzyłem swoje życie, a teraz postanowiłem je naprawiać!

Fot. Michał Bel
Nie ma nic przyjemniejszego, jak na nowo poznawać swoje ciało. Móc wdrażać coraz to bardziej zaawansowane ćwiczenia i czuć, że się (wreszcie!) żyje. Gdy tkanki tłuszczowej ubywa, a przybywa mięśni. Wierzcie mi, tylko osoby, które w życiu miały tak dużą nadwagę jak ja wiedzą, co czuję.

20 listopada 2012 roku minęły trzy miesiące odkąd za namową Piotra Jeleniewskiego zacząłem zmieniać swoje życie, przyzwyczajenia i samego siebie. Mój ciężar ciała zmniejszył się wówczas o czterdzieści kilogramów. To mogło szokować, bo zdrowe odchudzanie zakłada utratę czterech kilogramów miesięcznie. Wiele osób było zdumionych tym faktem. Wielu zastanawiało się też, czy nic mi nie grozi, bo tak szybki spadek wagi to coś, co nie zdarza się zbyt często. Mówili nawet, że to nieprawdopodobne.

- Był moment, że niepokoiliśmy się, czy to nie idzie za szybko. Taka nagła utrata wagi wcale nie musi być dobra dla organizmu. Uspokoiliśmy się po konsultacji lekarskiej – tak w jednym z wywiadów tłumaczył moją szybką utratę wagi Jeleniewski.

Ciężar ciała był coraz mniejszy, a więc trenerzy, w duecie Jeleniewski - Tomasz Lipiński, postanowili urozmaicić mój trening. Nie przestałem maszerować na bieżni, bo chód był obowiązkowym punktem moich ćwiczeń. Dołożyli mi za to do standardowego treningu kilka ćwiczeń stacyjnych (m.in. przysiady z sandbagiem, zarzuty ze sztangą i 30-sekundowy bieg bokserski). Raz w tygodniu pracowałem też na tarczach bokserskich.
Przyznam, że choć radości ze zmian nie okazywałem wcale, to w głębi duszy cieszyłem się jak dziecko. Najbardziej z „tarczowania”. Boks uwielbiam, miałem z nim zresztą w przeszłości nieco do czynienia. I mimo że nie wracałem do niego od wielu lat, to pamiętałem jeszcze co nieco z lekcji, które dawno, dawno temu otrzymałem od trenerów Jerzego Baranieckiego i Jarosława Soroko. Piotr szybko to wychwycił i (być może chcąc mnie tylko podbudować) wyznał mi nawet, że mam „papiery” na boksowanie.
Może i coś tam umiem, może i techniki nie mam najgorszej, lecz kondycja na tamtym etapie mojej transforMMAcji pozostawiała wiele do życzenia. A właściwie to nie było jej wcale. Trzy minuty uderzania w tarcze to było maksimum, jakie mogłem wytrzymać. „Puchłem” bardzo szybko, a na mojej twarzy pojawiały się kolory: siny, purpurowy i jeszcze kilka innych. Nie będę nikogo oszukiwać – to był dramat!

Dziś, gdy moja waga jest dużo niższa i gdy mój aparat ruchowy może pozwolić sobie na dużo więcej, jest o niebo lepiej aniżeli pół roku temu. Obecnie wytrzymuję pięć rund po trzy minuty na tarczach, a wieczorne bieganie po takim treningu nie jest już dla mnie żadnym problemem. Dopiero teraz, z upływem kolejnych miesięcy, zaczynam zdawać sobie sprawę, jak długą drogę przebyłem aby uzyskać ten stanu. Zdaję sobie jednak też sprawę z tego, że jeszcze wiele pracy przede mną. Że trening nad doprowadzeniem i utrzymaniem normalnej sylwetki to jedno, a praca nad kondycją to drugie. Czasami żałuję, że uświadomiłem to sobie tak późno. Ale cóż… kilka lat temu spieprzyłem swoje życie, a teraz postanowiłem je naprawić. I to jest chyba najistotniejsze.

Na zakończenie czwartej części mojego bloga chciałbym wszystkich zachęcić do obejrzenia jutrzejszego (wtorek, 4 czerwca) programu „Dzień Dobry TVN”. Będę miał zaszczyt być gościem Jolanty Pieńkowskiej i Roberta Kantereita, a tematem przewodnim rozmowy będzie moja historia. Na antenie mam pojawić się około 8:20. Oglądajcie Artura Przybysza w TVN :)
Trwa ładowanie komentarzy...